Czwartego lipca kolejka do głosowania urosła kilkanaście razy w stosunku do tej sprzed dwóch tygodni. Ba, urosła do sztuk równoległych dwóch! Turyści nadciagali autokarami i ustawiali się jeden za drugim wywołując we mnie stres i mieszane uczucia. Podejrzewam jednak, że nie jechali z Polski tylko po to, żeby zagłosować i postać przed dwie godziny w pełnym słońcu w Rzymie. Na pewno planowali postać w słońu, ale raczej w Watykanie, na wielgachnym placu, a nie przed ambsadą. Nic jednak nie wskazywało na to, żeby byli niezadowoleni.
W stopniu równie biernym z turystyką religijną spotkałam się w Assisi (w polskiej wersji: Asyż). Nas do odwiedzenia Asyżu zachęciła multimedialna wystawa rekonstruująca przepiękne freski Giotta. Zobaczyć kolory takimi, jakimi je widzieli nasi przodkowie 500 lat temu. Zobaczyć detale, które z bliska oglądali jedynie twórcy fresków. Wejść na rusztowania, którymi chodzą teraz restauratorzy i zobaczyć wyniki ich pracy. To jest dopiero przeżycie! Do tego autorzy wystawy postawili na nowoczesną formę wystawy. Naprawdę genialnym rozwiązaniem są touch screeny, na których obraz można powiękrzyć tak,że widać niemalże strukturę farby. Rozczarowuje za to doświadczenie sali 3D. Może i technoligicznie wielkie wow, ale co do wrażeń jako takich krótkie aha. No, i jak to włosi zwykle robią w takich sytuacjach - bez znajomości włoskiego nie skorzysta się w pełni z dobroci wystawy. Dokument o rekonstrucji katedry zburzonej podczas trzęsienia ziemi w latach 90-tych, a także szumnie zapowiadana sensacja 3D jest po włosku. Anglojęzyczni skorzystają jeszcze z informacji na touch screenach i posłuchają przewodnika na rusztowaniach. Reszta musi się orientować na migi.
Sama wystawa naprawdę warta obejrzenia, tym bardziej zdziwił mnie fakt, że mimo iż miasto pełne było ludzi, a w katedrze nie było gdzie nogi postawić, zainteresowanie nią było znikome. Ludzie przetaczali się przez podziemia zamiast podnieść głowy i nauczyć się czegoś o swojej przeszłości i zetknąć ze sztuką, która przecież została stworzona właśnie dla nich.
Nie rozumiem po co tak naprawdę tam byli. Żeby przetłoczyć się w katakumbach? Asyż sam w sobie jest miastem mało atrakcyjnym, bez duszy. Brak tu barów w których miejscowi grają popołudniem w karty, brak sklepików z pieczywem i wędlinami. Jakby nikt tam naparwdę nie mieszkał. Pełno za to sklepików z pamiątkami i barów szybkiej obsługi, w ktorych je się źle i drogo. Zdobycie magnesu na lodówkę lub kartki pocztowej bez jakiegoś świętego graniczy z cudem. Jeśli ktoś podobnie jak ja, pojedzie do Asyżu w celach niereligijnych, może poczuć się rozczarowany.
Wszystkim natomiast polecam wystawę I Colori di Giotto. Myślę, że to akurat doświadczenie ma wiele wymiarów. Oglądać, dotykać i przeżywać ją można do 5 września. Bilety do nabycia także drogą zakupów wirtualnych.

2 komentarze:
Poproszę nową dawkę włoskich klimatów na blogu! :-)'Pozdrawiam
J.
tak wiem, ze sie ostatnio zaniedbalam, ale zbieram sie w sobie i juz niedlugo cos zamieszcze!
Prześlij komentarz