wtorek, 23 grudnia 2008

Dzyń, dzyń, dzyń....


Niby wszystko jest – świąteczne stoiska na placach, niektóre z figurkami, inne z ozdobami, jeszcze inne z lokalnymi przysmakami. Niby jest karuzela, która kręci się w kółko ciesząc dzieci. Niby są światła na każdej niemal ulicy, które robią wrażenie bardziej z daleka niż z bliska. Niby są Mikołaje wyskakujący przez okna i oczekujący na kupców w szeregu. Niby jest już świąteczna atmosfera i zimna pogoda. Niby są kolędy i przedświąteczna gorączka. Są ubrane jak trzeba choinki. Czasem zjawia się deszcz.

Tylko tego śniegu nie ma.

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Wesołych świąt!




Wszystkim moim czytelnikom życzę magicznych i udanych Świąt Bożego Narodzenia. Życzę wszystkim, by rodzinna atmosfera towarzyszyła Wam bez względu na to czy jesteście daleko czy blisko domu, i żeby na waszych stołach zagościło to, co najlepsze czy to z polskiej, czy włoskiej, czy innej kuchni.

czwartek, 18 grudnia 2008

Trudny weekend

Nie wiem jak to zrobiłam, ale udało mi się przetrwać ostatni weekend.

We Włoszech święta Bożego Narodzenia zaczynają się wcześnie i kończą późno. W przeciągu miesiąca przeciętny tubylec, bądź długoterminowy bywalec, jest w stanie przejeść tyle, ile zwykle zjada w przeciągu dwóch, trzech miesięcy. Dlatego jest naprawdę ciężko.

Ech, w tym trudnym dla żołądka okresie łatwo dowiedzieć się ilu się ma znajomych, bo nagle wszyscy reaktywują wspólne obiadki, kolacyjki, aperitify. Odmowa jest, co tu się rozpisywać, afrontem. Dlatego się nie odmawia.

My nie mogliśmy odmówić długiej serii weekendowej, która zaczęła się kolacją w piątek, a skończyła niedzielnym aperitifem. Turlałam się przez kolejne trzy dni, a mój żołądek odmawiał współpracy. Tak, poczułam na własnej skórze, że święta już się zaczęły. Od kolejnego ciężkostrawnego weekendu zbawia mnie mama, która przylatuje do nas w sobotę (dzięki mamuś!).

Kiedy przyjedzie, ruszymy na miasto, żeby pooglądać świąteczne dekoracje i stragany. A naprawdę jest co podziwiać, szczególnie po zapadnięciu zmroku. Poniżej zaledwie klimatyczna namiastka, ale obiecuję, że wkrótce zamieszczę więcej zdjęć.





wtorek, 2 grudnia 2008

Zakupy

Wychodząc codziennie na ulicę nie mogę się oprzeć wrażeniu że Włochy to kraj, w którym czas się zatrzymał, albo że biegnie co najmniej dwuliniowo. Wrażenie to pogłębia się zawsze, kiedy wychodzę na zakupy. Bo o ile rynek spożywczy zdążył się już znormalizować, o tyle na polu sklepów dzieżowych Włosi są jeszcze w epoce średniowiecza.


Moja teściowa lubi robić zakupy w sklepowych sieciach typu Oviesse, Conti, czy Upim, gdzie wszystkiego można dotknąć, bezkarnie przymierzyć i zlustrować metkę. Ale kiedy jakiś czas temu przyszło mi szukać zimowej kurtki, kazała mi iść do Leona, albo do Marcellonich.

Postanowiłam spróbować, i w ten sposób je odkryłam: sklepowe muzea. Leon, Marcelloni, czy Graziella to sklepy, do których wchodzisz i tracisz kontrolę. Zdajesz się całkowicie na wiedzę, niewiedzę i łaskę sprzedawcy. Ubrania są powieszone, a właściwie upchane ciasno, w bezpiecznej odległości od oczu (i nie daj Boże rąk!) klientów. Żeby tu przyjść, musisz być albo w nastroju na zdanie się na czyjś gust, albo wiedzieć konkretnie czego szukasz. Nie ma szans, że odkryjesz coś nowego, no chyba, że sprzedawca będzie w nastroju.

Ja weszłam i wyszłam, bo denerwowało mnie, że nie mogę przyjrzeć się ubraniom na wieszakach, powłóczyć się po sklepie i znaleźć coś, co może jest w innym kolorze, ale za to w rewelacyjnym kroju. Nie lubię, kiedy łazi za mną namolny sprzedawca i mi „doradza” albo, co gorsza, jest nie w sosie i niechętny do współpracy. Wygląda jednak na to, że nie tylko ja doszłam do takich wniosków. Wystarczyło rzucić okiem na średnią wieku szczątkowej, o ile w ogóle, klienteli. Zdecydowanie kilka pokoleń wyżej ode mnie. Co, oczywiście przekłada się na sklepowy repertuar.

Te sklepy to symbol włoskiej przedsiębiorczości i źródło utrzymania całych rodzin z pokolenia na pokolenie. Kto miał sklep, przetrwał wojnę, niejeden kryzys, wyposażył i wykształcił dzieci, dał pracę wnukom i kuzynom. W Terni właściciele takich sklepów należą do zamożniejszej części lokalnej społeczności, niejednokrotnie są też przeświadczeni o tym, że należą do ‘elity’.

Miałam okazję przeżyć zderzenie z ‘elitą’ w związku z poszukiwaniami sukienki na ślub (mój, nie sąsiadki). W witrynie u Grazielli pojawiła się nowa kolekcja sukien ślubnych. Spodobało mi się kilka i postanowiłam wejść i umówić się na przymiarki. Pani Graziella była bardzo zajęta, a tylko ona mogła zająć się umawianiem na tak ważną imprezę jak przymiarka. Musiałam zaczekać, więc zaczęłam rozglądać się po sklepie. Wzięłam nawet (o zgrozo!) jakąś całkiem fajną wełnianą sukienkę do ręki. I wtedy na plecach poczułam oddech sprzedawczyni, która mnie pilnowała. Sukienka była fajna, więc spytałam o cenę, bo na metce znalazłam rząd niespójnych literek. Coś łamane przez coś, łamane przez coś. Sprzedawczyni bez patrzenia na metkę wyrecytowała „pięćset dziesięć euro”, więc natychmiast odłożyłam sukienkę i stanęłam sztywno. Kiedy doczekałam się swoich pięciu sekund z właścicielką, pani Graziella udawała, że ma problemy ze zrozumieniem mojego włoskiego. No i, chociaż kajecik miała dziwnie pusty, w dniu kiedy chciałam przyjść, była bardzo zajęta.

Cóż, o ile sklepik pani Grazielli wykończy raczej głupota właścicielki, o tyle pozostałe wykańcza globalizacja. Główne deptaki handlowe z Mediolanie i Rzymie pustoszeją, bo stare sklepiki padają jeden po drugim, i to właśnie teraz, w okresie przedświątecznym, w szczytowym szale zakupowym. Młodzi wolą kupić to samo w markecie, w centrum handlowym, dotknąć, sprawdzić cenę, która w tych miejscach jest wartością obiektywną. Z kolei starsze pokolenia w obliczu kryzysu wolą wydać pieniądze na to, co jest im niezbędne do życia i raczej szaleją w spożywczakach.

Włochy stoją na drobnych przedsiębiorcach. Te małe sklepiki to podatkowa żyła złota. Jeśli się nie zreformują, włoski kryzys pogłębi się jeszcze bardziej.