Wychodząc codziennie na ulicę nie mogę się oprzeć wrażeniu że Włochy to kraj, w którym czas się zatrzymał, albo że biegnie co najmniej dwuliniowo. Wrażenie to pogłębia się zawsze, kiedy wychodzę na zakupy. Bo o ile rynek spożywczy zdążył się już znormalizować, o tyle na polu sklepów dzieżowych Włosi są jeszcze w epoce średniowiecza.
Moja teściowa lubi robić zakupy w sklepowych sieciach typu Oviesse, Conti, czy Upim, gdzie wszystkiego można dotknąć, bezkarnie przymierzyć i zlustrować metkę. Ale kiedy jakiś czas temu przyszło mi szukać zimowej kurtki, kazała mi iść do Leona, albo do Marcellonich.
Postanowiłam spróbować, i w ten sposób je odkryłam: sklepowe muzea. Leon, Marcelloni, czy Graziella to sklepy, do których wchodzisz i tracisz kontrolę. Zdajesz się całkowicie na wiedzę, niewiedzę i łaskę sprzedawcy. Ubrania są powieszone, a właściwie upchane ciasno, w bezpiecznej odległości od oczu (i nie daj Boże rąk!) klientów. Żeby tu przyjść, musisz być albo w nastroju na zdanie się na czyjś gust, albo wiedzieć konkretnie czego szukasz. Nie ma szans, że odkryjesz coś nowego, no chyba, że sprzedawca będzie w nastroju.
Ja weszłam i wyszłam, bo denerwowało mnie, że nie mogę przyjrzeć się ubraniom na wieszakach, powłóczyć się po sklepie i znaleźć coś, co może jest w innym kolorze, ale za to w rewelacyjnym kroju. Nie lubię, kiedy łazi za mną namolny sprzedawca i mi „doradza” albo, co gorsza, jest nie w sosie i niechętny do współpracy. Wygląda jednak na to, że nie tylko ja doszłam do takich wniosków. Wystarczyło rzucić okiem na średnią wieku szczątkowej, o ile w ogóle, klienteli. Zdecydowanie kilka pokoleń wyżej ode mnie. Co, oczywiście przekłada się na sklepowy repertuar.
Te sklepy to symbol włoskiej przedsiębiorczości i źródło utrzymania całych rodzin z pokolenia na pokolenie. Kto miał sklep, przetrwał wojnę, niejeden kryzys, wyposażył i wykształcił dzieci, dał pracę wnukom i kuzynom. W Terni właściciele takich sklepów należą do zamożniejszej części lokalnej społeczności, niejednokrotnie są też przeświadczeni o tym, że należą do ‘elity’.
Miałam okazję przeżyć zderzenie z ‘elitą’ w związku z poszukiwaniami sukienki na ślub (mój, nie sąsiadki). W witrynie u Grazielli pojawiła się nowa kolekcja sukien ślubnych. Spodobało mi się kilka i postanowiłam wejść i umówić się na przymiarki. Pani Graziella była bardzo zajęta, a tylko ona mogła zająć się umawianiem na tak ważną imprezę jak przymiarka. Musiałam zaczekać, więc zaczęłam rozglądać się po sklepie. Wzięłam nawet (o zgrozo!) jakąś całkiem fajną wełnianą sukienkę do ręki. I wtedy na plecach poczułam oddech sprzedawczyni, która mnie pilnowała. Sukienka była fajna, więc spytałam o cenę, bo na metce znalazłam rząd niespójnych literek. Coś łamane przez coś, łamane przez coś. Sprzedawczyni bez patrzenia na metkę wyrecytowała „pięćset dziesięć euro”, więc natychmiast odłożyłam sukienkę i stanęłam sztywno. Kiedy doczekałam się swoich pięciu sekund z właścicielką, pani Graziella udawała, że ma problemy ze zrozumieniem mojego włoskiego. No i, chociaż kajecik miała dziwnie pusty, w dniu kiedy chciałam przyjść, była bardzo zajęta.
Cóż, o ile sklepik pani Grazielli wykończy raczej głupota właścicielki, o tyle pozostałe wykańcza globalizacja. Główne deptaki handlowe z Mediolanie i Rzymie pustoszeją, bo stare sklepiki padają jeden po drugim, i to właśnie teraz, w okresie przedświątecznym, w szczytowym szale zakupowym. Młodzi wolą kupić to samo w markecie, w centrum handlowym, dotknąć, sprawdzić cenę, która w tych miejscach jest wartością obiektywną. Z kolei starsze pokolenia w obliczu kryzysu wolą wydać pieniądze na to, co jest im niezbędne do życia i raczej szaleją w spożywczakach.
Włochy stoją na drobnych przedsiębiorcach. Te małe sklepiki to podatkowa żyła złota. Jeśli się nie zreformują, włoski kryzys pogłębi się jeszcze bardziej.