Wygląda na to, że zasada wszędzie dobrze gdzie nas nie ma działa na całym świecie. Szczególnie, kiedy przychodzi do bliższych spotkań ze służbą zdrowia.
Prawdą jest, że instytucja lekarza domowego działa we Włoszech naprawdę dobrze. Domowy lekarz, który leczy wszystkich członków rodziny staje się właściwie przyjacielem domu. Zrobienie podstawowych badań też nigdy nie stanowi problemu. Schody zaczynają się dalej.
Maks na dwa dni przed naszym wylotem do Polski dostał dziwnego ataku w pracy. Podniosła mu się temperatura, zwrócił w toalecie całe śniadanie, a brzuch bolał go przy byle dotknięciu. Nasz domowy lekarz podejrzewał dwa rozwiązania: albo chłopaka dopadł wirus, który siał właśnie spustoszenie, albo zaatakował go wyrostek. Dla pewności zalecił badania w szpitalu.
W szpitalu rzeczy potoczyły się szybko. Maks przeszedł szybko badania i prześwietlenia, a wieczorem trafił pod nóż. Tym samym straciliśmy szansę na wigilię przy barszczu z uszkami, ale cieszyliśmy się, że chłopak się nam nie rozleci w samolocie. Tymczasem chirurg przyznał się, że właściwie to wyrostek nie był do wycięcia i że nie wie co spowodowało poranny atak.
No dobrze… ale nie palmy czarownic, bo w przypadku wyrostka nie zawsze widać na prześwietleniu, że jest w poważnym stanie.
Za to w poważnym stanie był pacjent, z którym Maks znalazł się w pokoju. Starszy pan, który leżał niemalże przywiązany do łóżka bo atakował każdego, kto próbował cokolwiek przy nim zrobić. Był półprzytomny, nieustannie coś mamrotał, ale wystarczyło się zbliżyć, żeby oberwać. Rodzina zapewniła mu całodobową opiekę, która dotykała swojego podopiecznego wyłącznie w rękawiczkach. Jedna z pielęgniarek powiedziała nam, żebyśmy uważali w toalecie, bo przecież one wylewają tam jego płyny ustrojowe, a on ma wszystko pozytywne.
Jak się później okazało, cały personel oddziału na którym leżał Maks był oburzony tym, że umierającego, cierpiącego na choroby zakaźnie człowieka położono w jednej sali z kimś, kto dochodzi do siebie po banalnej operacji wyrostka.
Więc dlaczego? Ano dlatego, że ten umierający człowiek był kiedyś lekarzem i pracował w tym szpitalu. I chociaż nie był specjalnie lubiany, był częścią miejscowej lekarskiej kasty. Mój teść jeszcze przez kilka dni po wyjściu Maksa ze szpitala chodził roztrzęsiony. Według niego Włochy to republika kolesiów.
Dla mnie z kolei włoski szpital to esencja Włoch, to jeden wielki kompleks paradoksów: Przy każdym z pokoi znajduje się toaleta, ale trzeba do niej wchodzić z własnym papierem toaletowym, do tego w całym szpitalu ze świecą szukać toalety publicznej, z której mogliby korzystać odwiedzający. Nie byliśmy też w stanie rozgryźć szpitalnego planu dnia. Kiedy robiliśmy zmianę czuwającą przy naszej ofierze wyrostka, w przeróżnych godzinach zastawaliśmy odział zamknięty, bo akuratnie przechodziły doktory z wizytą. Raz musiałam czekać ponad trzy godziny, żeby wejść do środka. To była całkiem niezła próba szczelności dla mojego pęcherza.
Jeśli więc przyjdzie wam kiedyś poleżeć we włoskim szpitalu, nie zapomnijcie wziąć ze sobą co najmniej połowy zasobów waszej domowej łazienki. Przygotujcie się jak na biwak. Menażka też może się przydać.