piątek, 28 listopada 2008

Gorzki smak sukcesu

Wiem, nie odzywałam się od kliku tygodni i że absolutnie jest to moja wina. Cóż, na moje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko, że w końcu, po latach pracy tu i tam i w ogóle, po raz pierwszy podpisałam umowę o pracę na czas nieokreślony.

Cóż mogę powiedzieć? Że mam farta, bo robię to co lubię i na dokładkę mi za to płacą. Fajne i niezbyt fajne jest to, że praca jest na pół etatu. Oznacza to, że pół tygodnia mam wolne, a mój weekend zaczyna się w środę po południu. Oznacza też, że kiedy na koniec miesiąca mój pracodawca zasila moje konto, zasila je tylko w połowie. Ech, pamiętam czasy kiedy pracowałam w telewizji, gdzie głównym źródłem stresów była moja szefowa, przez co nienawidziłam chodzić do pracy i nienawidziłam mojej pracy, ale za to raz w miesiącu docierała przyjemna rekompensata. No więc teraz mam dokładnie na odwrót.

Bolesne są też godziny pracy, bo żeby odpracować swoje osiem godzin w Rzymie, muszę wyjść z domu bardzo wcześnie, żeby wrócić bardzo późno, co oznacza że przez trzy dni w tygodniu jestem chronicznie niedospana. Do tego na inaugurację nowej umowy zastrajkowały wszystkie służby transportu publicznego począwszy od pociągów skończywszy na autobusach i metrze blokując mój przyjazd i powrót z pracy. Słodycz.

W końcu jednak oswajam się ze zmianami. I nawet nie czuję się tak bardzo w „klatce”, bo mój kontrakt szczegółowo określa co mogę czego nie mogę, co mam i czego nie mam robić, że jestem c1 i kiedy mogę zjeść mój lunczyk. I wiecie co, nie dziwię się, że Włosi ciągle strajkują. Ludzie potrzebują w życiu trochę luzu.

0 komentarze: