niedziela, 12 października 2008

San Gemini



Niniejszym ogłaszam pełnię sezonu na lokalne ciekawostki turystyczne. Włosi, co by o nich nie mówić, wiedzą jak umilić sobie i innym nieprzyjemny okres odchodzenia lata. Między tawernami, festiwalami trufli, grzybów, kasztanów i czekolady, przyjemnie jest dotrwać do otwarcia się tłoczni oliwy i wina novello, potem przeżyć długi okres Bożego Narodzenia, zimowych wyprzedaży, przeczekać Wielkanoc i budzącą wszystko do życia wiosnę. Tak oto niespodziewanie, i pośród licznych atrakcji, wraca gorące, letnie słońce w towarzystwie wakacji.



Jako zagorzała fanka literatury fantasy świadoma jestem istnienia ruchu, który przywraca do życia stare średniowieczne tradycje. W Polsce mamy co roku Bitwę pod Grunwaldem. W Umbrii mamy co roku średniowieczne festiwale i tawerny, a letnią porą w Toskanii znaleźć się można na turnieju rycerskim. Tak oto pasje fantastyków stać się mogły atrakcjami turystycznymi i maszynkami do robienia pieniędzy. Z Terni jest nam najłatwiej dotrzeć do Narni, Spoleto, czy San Gemini, ale mamy świadomość, że średniowieczne festiwale otwierają się praktycznie co tydzień w innym miasteczku.



Mnie zauroczyły tawerny narnijskie, gdzie stoły obsługują jowialni mnisi, krągli karczmarze, mali giermkowie i wesołe karczmarki. Rzeczone gospody mieszczą się w średniowiecznych kamiennych murach, które pamiętają jeszcze czasy smoków i Lancelota. Organizatorzy odtwarzają średniowieczną atmosferę także w sensie kulinarnym, prezentując na talerzach zrekonstruowane archiwalne przepisy. W Narni można nawet spotkać tawernę, która specjalizuje się w robieniu słodyczy i ciast, których normalnie nie kupi się u cukiernika. Niestety, w tym roku przegapiliśmy tawerny w Narni i musimy odczekać swoje do czerwca.


Na szczęście nie popełniliśmy tego błędu w przypadku San Gemini, w związku z czym mogę z dumą wyznać, że skosztowałam tawernianych specjałów. Gospody w San Gemini nie mają wprawdzie tej osobowości i zabawy, która na dwa tygodnie ogarnia Narni, ale nie powstrzymuje to w niczym napływu tłumów. Wręcz przeciwnie, co bardziej znane miejsca stają się trudnodostępne nawet w środku tygodnia. Przed tawernami, gdzie je się dobrze, zawsze stoi spory tłumek gotów odczekać swoje, byle tylko dostać się do środka.


I nie, żeby jedzenie, czy też sposób jego podania, powalały na nogi. Jedzenie jest proste, otoczenie rustykalne. Goście tłoczą się przy długich drewnianych ławach, jedzą z glinianych misek, a menu występuje w formie listy dziwnie brzmiących potraw. Mimo to, tawerny to pozycja obowiązkowa. Dlaczego? Bo te lokalne otwierają się jedynie na dwa tygodnie w roku, podobnie jak zaimprowizowane na ten czas galerie, czy sklep z przeróżnymi gatunkami miodu. Jedynie przez tych kilkanaście dni w roku na ulicy można spotkać barwny korowód mieszczan, szlachcianek, rycerzy na koniach, obejrzeć średniowieczny spektakl, czyli zasmakować w romantycznej wersji życia naszych praprzodków.

0 komentarze: