Plecy
Plecy to tak często zapominana, a jakże potrzebna część ciała. Mieszkać we Włoszech i żyć bez placów? Niemożliwe. A w Polsce? Bezcenne. Niniejszym plecy są kolejnym punktem stycznym między obydwoma krajami w których przyszło mi żyć. Kto je ma tu i tam, nie musi martwić się o życie swoje, ani swoich najbliższych.
W obydwu przypadkach posiadanie pleców jest kwestią przetrwania i w obydwu są dowodem kulejącej demokracji. O ile w Polsce istnienie potrzeby posiadania pleców ma silny związek z odchodzącą powoli w niepamięć epoką komunizmu, o tyle we Włoszech problem ma charakter bardziej rodzinny i po części historyczny.
We Włoszech bowiem, jak w średniowieczu, zawód i miejsce w biurze przechodzi z ojca na syna, z matki na córkę i z ciotki na bratanka. Ma to po części związek z tym, że rodzinny interes, jak winiarnia, sklep, restauracja, czy fabryka samochodów, stanowi źródło dochodów kilku pokoleń jednej rodziny . Czyli dokładnie jak w czasach feudalizmu.
Ale czy to znaczy, że jeśli ojciec jest lekarzem, syn nie może zostać restauratorem? I dlaczego potomstwo prawnika musi zająć się prawem, jeśli ma większy dryg do rachunków? System pleców nie pomaga ani jednostkom, ani gospodarce. Bowiem ci pierwsi nie są nigdy szczęśliwi, a ta druga cierpi z powodu ludzi, którzy zmuszeni są pracować w zawodach, na które są skazani (czytaj: robią wszystko, żeby nic nie robić). System pleców uderza w wolność wyborów, w demokratyczny system równości. Bowiem na studia nie dostają się najlepsi i najlepiej umotywowani, ale najlepiej ustawieni. To system, który nagradza leni, a karze pracowitych i zdolnych. Zniewala i ogłupia.
Poza tym jak to jest żyć życiem, o którym zadecydowali inni, za mnie? Jak to jest żyć z frustracją, że mój kolega z ławki nie musi się uczyć, by zostać ordynatorem, podczas gdy ja nawet jeśli skończę szkołę, bez względu na to jak jestem dobry w tym co robię, nie będę mógł pracować tam gdzie chcę?
Na koniec kilka przykładów z życia. Jeden z moich znajomych z pociągu odszedł na emeryturę. Odchodząc postarał się, by jego syn zajął jego stołek w pracy. Mój znajomy był dyrektorem banku. Dziewczyna, która tymczasowo zastępuje sekretarkę w biurze, zdawała na medycynę. Na 12 miejsc było ponad 5.000 chętnych. Była dwudziesta, nie dostała się. Syn mojego szefa dostał się na filozofię bez stresów związanych z ciężkim egzaminem. Nie musiał. Jego ojciec wykonał jeden telefon.
0 komentarze:
Prześlij komentarz