środa, 14 listopada 2007

Frantoi Aperti!!!




Nie, żeby świat się załamał, ale gdyby nie było oliwy z oliwek? Rany, byłoby jak w moim dzieciństwie! Olej rzepakowy i smalec. Swoją drogą, oni tu w tych Włochach smalcu raczej nie mają. Od tego są oliwki.

Koniec października to okres, kiedy oliwki zmieniają kolor. Zieleń nabiera odcienia fioletu i właśnie w tej chwili, zanim oliwka ściemnieje (to znaczy dojrzeje) na dobre, ochoczy zbieracze zabierają się do zbierania, tłocznie do tłoczenia, a my do próbowania.

Wyjechaliśmy niespecjalnie wcześnie, bo i jesień nie sprzyja wczesnemu wstawaniu. Marco przyniósł cornetti na śniadanie, które zjedliśmy wstydliwie po drodze, bo przecież kiedy Frantoiaperti, za jedzenie płacą oni, a my potem stwierdzimy, czy za nasze pieniądze.

I tu powinno nastąpić moje głębokie wyznanie, absolutnie zgodne z prawdą: winiarnie przyniosły nam wprawdzie znacznie więcej zabawy, za to w tłoczarniach byliśmy znacznie bardziej odurzeni. Jeśli ktoś nigdy nie poznał zapachu świeżo tłoczonej oliwy, to nie zrozumie. Z jednej strony mdły, słodkawo-gorzkawy, z drugiej euforyczny, wciskający się do nosa i do żołądka, wywołujący ślinotok i parcie w stronę kuchni, gdzie znaleźliśmy pyszny krem z cieciorki, zniewalające bruschetty, penne z pomidorami, a wszystko uczciwie polane oliwnym novello.

I znowu zaczęliśmy od najlepszego miejsca. Tylko że tym razem to nie był błąd. Pierwszej oliwy zasmakowaliśmy u Moninich, niedaleko Spoleto. Czas płynął, gości przybywało, a my popijaliśmy domowe wino, zagryzaliśmy bruschettą i polowaliśmy na nowo przypływające z kuchni dania. I pewnie zostalibyśmy, bo jak dowiedział się Maks, miały jeszcze nadciągnąć salsiccie, tylko że zadzwonił do nas Alessandro z wieścią, że jest właśnie w Trevi, gdzie „si mangia bene” i że może jeszcze zdążymy.

Oczywiście, dotarliśmy za późno. Na szczęście tłum zdążył przepchać się na tyle, że naszym oczom ukazała się wielka tablica z napisem „mangia con noi”, za jedyne 35 euro od głowy. Kiedy tłum odsłonił nam Alessandra, chłopak nie był już tak podekscytowany jak godzinę wcześniej, bo właśnie zapłacił. My postukaliśmy się w głowę.

Odwiedziliśmy jeszcze ze dwa miejsca, wszędzie smakowało nam tak samo dobrze, ale byliśmy tak zniewoleni zapachem i smakiem, że przestaliśmy odróżniać. Pamiętam, że najbardziej smakował mi olej z malutkiej rodzinnej tłoczarni, której właściciele dopiero pracują nad stroną marketingową. Właściwie, to pracowali nad nią w chwili, kiedy przyjechaliśmy. Wszędzie kręcił się pan z kamerą a dumni właściciele udzielali wywiadu. Gdyby to trwało trochę krócej, ja stałabym się właścicielką butelki, a im zwróciłby się obiad. No, ale może podjęli słuszną decyzję.


Niniejszym ogłaszam więc, że za nasze pieniądze nakarmili nas jedynie Monini (mniam!mniam!mniam!) i Bartolini (mniam!), bo tylko u nich zaopatrzyliśmy się w butelki z zielonym, aromatycznym płynem. No i, tu pora na kolejne wyznanie, jeśli po oliwnym novello można sądzić o jakości tegorocznej oliwy tak, jak o winie można przesądzić po winnym novello, to tegoroczny zbiór należy do wyjątkowo udanych. I utwierdzam się w tym sądzie codziennie, szczególnie przy kolacji.


piątek, 2 listopada 2007

Frantoi aperti




Jak co roku, i już po raz dziesiąty, w Umbrii otwierają się tłocznie oliwy. Tylko w te dni każdy, kto jest w okolicy może skosztować świeżo wytłoczonej oliwy, jeszcze nie oczyszczonej, cudownie mętnej, zielonej. Kto nigdy nie kosztował bruschetty z taką oliwą, ten nie wie jak wielkie wydarzenie kulinarne ma właśnie nastąpić.

Ech, dla tych, którym język włoski nie jest do końca obcy, polecam oficjalną stronę umbryjskich tłoczni oliwy , gdzie można zapoznać się z programem, obejrzeć ładne zdjęcia, dowiedzieć się którędy biegnie la Strada dell'Olio dell'Umbria.

A nas będzie można znaleźć gdzieś tam: