środa, 3 marca 2010

Miłość prowadzi do ołtarza. Część Druga

Papierkowa robota

Branie ślubu za granicą nie jest tym samym, co zaślubiny w ojczyźnie, więc i biurokratyczne procedury obierają swój tok bardziej w inną stronę. Faktem jest, że we Włoszech wszystko jest inne niż w Polsce, ale w okazji zmian ustrojowych w Polsce, jesteśmy przyzwyczajeni do oswajania nowych sytuacji.

Przede wszystkim papiery należy zacząć zbierać wcześniej niż wcześnie pamiętając o tym, że są ważne jedynie przez sześć miesięcy od ich wydanie. Faktem deprymującym może być fakt, że we Włoszech chęć zawarcia małżeństwa należy przedstawić pani w okienku zaledwie 12 dni przed ślubem.

Uprzedzam, że nie wiem jak jest z zawieraniem małżeństwa przez dwóch polskich obywateli w byłym Rzymskim Imperium, ale jeśli ktoś żeni się lub wychodzi za mąż za przedstawiciela lokalnej populacji, sprawa odbywa się w sposób wyjątkowo mało biurokratyczny.

Wszystko, czego nam trzeba to Nulla Osta, czyli dokument o braku przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa. Dokument ma być przetłumaczony przez człowieka z listy, a tłumaczenie poświadczone przez odpowiednie Ministerstwo oraz włoski konsulat.

Łatwizna, bułka z masłem. Sęk w tym, że dokument można wyciągnąć wyłącznie osobiście. Tak jak dowód. Żaden urzędnik nie zlituje się i nie da go mamie, tacie, cioci, bratu czy najbliższej przyjaciółce. Masz się poń stawić w urzędzie osobiście i osobiście złożyć podpis, kiedy urzędnik patrzy ci na ręce kontrolując zezem twój dowód osobisty, bo na swój własny przecież nie musi.

Ja poszłam drogą na skróty i ruszyłam w stronę Konsulatu RP w Rzymie. Dotarłam do konsulatu, złożyłam podpisy, a państwo zajęli się resztą. Faktem jest, że zajmowali się tym do dziesięciu tygodni, ale też i zajęli się skutecznie. Ponieważ po owych długich tygodniach w zawieszeniu, kiedy Nulla Osta dotarła na miejsce, po dwóch dniach miałam w rękach jej tłumaczenie ze wszystkimi poręczeniami włącznie. Wszystko w jednym okienku!

Tymczasem gdybym pojechała do Polski, musiałabym najpierw sprawę załatwić w USC, potem znaleźć listę tłumaczy (do zdobycia w konsulatach włoskich w Polsce), potem z tłumaczeniem biec do ministerstwa, a stamtąd jeszcze raz do konsulatu po odpowiednie pieczątki. Na pewno byłoby szybciej, na pewno bardziej stresująco i na pewno drożej. Bez względu na to, ile konsulat we Włoszech kasuje za załatwienie sprawy, to się opłaca.

Bo w międzyczasie można biegać w poszukiwaniu odpowiedniej kwiaciarki, zorganizować metę dla gości z Polski, przygotować walizki na podróż poślubną, zająć się sobą...

A, kolejna ciekawa sprawa biurokratyczna. Prawo włoskie nie przewiduje, że po ślubie ktokolwiek z małżonków zmieni nazwisko. Z automatu zostaje jak było, a dzieci z automatu dostają nazwisko po mężu. Tutaj jak na mój gust wolność obywatelska została poważnie naruszona, ale Włosi mają do tego luźny stosunek. Dowody zostają jak były, nie muszą zmieniać żadnych dokumentów, za to potem kobiety przedstawiają się używając nazwiska męża, chociaż ich papiery go nie wymieniają.

Ot, taka włoska schizofrenia.

niedziela, 14 lutego 2010

Miłość prowadzi do ołtarza. Część Pierwsza

Zorganizujmy to!

Idziesz do kina. Na ekranie on pyta ją, czy ona za niego wyjdzie, ona mówi że tak, a potem to już żyli długo i szczęśliwie. Romantyczne. Fakt. Ja powiedziaam moje tak we Włoszech. Czy potem było romantycznie? Teoretycznie.

Włosi są chorzy na punkcie ślubów. A to oznacza, że wokół imprezy narosło mnóstwo zwyczajów, przesądów i detali bez których ślub nie może się odbyć. Rzecz jasna, że z tego powodu przyszli państwo młodzi (lub też ich rodzice) stają się automatycznie dojnymi krowami i kurami niosącymi ciężko zarobione euro dla pracujących lekko.

Na całe szczęście nie ma tu amerykańskiego wariactwa w przebieranie kordonu świadków panny i pana młodego w identyczne ubranka. Dziwactwem jest tylko ich liczba, która zaczyna się nie od dwóch sztuk, ale od czterech. I bynajmniej w wielu przypadkach się tu nie kończy.

Czy to oznacza, że do pomocy przy organizacji ślubu, masz cztery pary rąk więcej? Nie. Świadkowie nie angażują się działania ślubno wojenne nawet przez chwilę.

Młodzi, nierzadko w rodzicielskiej obstawie ruszają w samodzileny rajd po restauracjach i słyszą ceny z kosmosu. Myślisz, że sugestia, by zorganizować tylko obiad dla najbliższej rodziny, a wieczorem urządzić potańcówkę w knajpie dla przyjaciół, spotka się z ogólnym aplauzem? Błąd. Nie da się i już. Bo ślubne kroki muszą zamknąć odwiecznie tradycyjny krąg. I muszą mieć swoją cenę.

Ja chodziłam od jednego sklepu z sukienkami ślubnymi do drugiego, gdzie znowu za coś, czego w życiu nie założyłabym na siebie państwo rzucali kwotami z dużą ilością zer i małą ilością naturalnych taknin. A że nie chciałam czuć się jak zero w plastiku, musiałam się sporo nachodzić. Poza tym owszem, mogłam w nim kupić welon za 500 euro (chociaż już nie za 100), ale państwo nie mieli absolutnie bielizny, która nadawałaby się pod sukienkę. Moja musiała przyjechać z Polski (dzięki ci, Doris), bo w okolicy nikt nie rozumie co to znaczy rozmiar 70C. Znalezienie sklepu, w którym można kupić dodatki ślubne też okazało się być wyprawą na koniec świata, ponieważ włoskim przedziwnym zwyczajem jest, że musisz wszystko kupić w jednym sklepie. Jeśli chcesz kupić tylko po welon, bo w sklepie gdzie kupiłaś sukienkę musiałaś nań wydać całą wypłatę, musisz kłamać, że sukienkę kupiłaś w innym kraju, dostałaś od teściowej, albo przysłali ci paczką z Ameryki.



Bóle panny młodej nie kończą się bynajmniej na doborze sukienki. Bowiem na 3 miesiące przed ślubem należy wybrać się do sklepu i zrobić listę prezentów. I tu moja teściowa zawsze wiedziała lepiej co jest nam potrzebne i w jaki sposób nasi goście będą kupować prezenty. Bo okazuje się, że nikt nie myśli o tym, że na liście znalazły się potrzebne ci rzeczy, ale przedmioty dzięki którym kupujący poczuje się dobrze. Taki włoski snobizm. Jakimś cudem, pomimo złowieszczych wizji teściowej, udało nam się uratować od srebrnych tac, ramek i innych kurzozbieraczy. Mimo usilnych wpływów teściowej, listę zamknęliśmy w samą porę, zanim skończyliśmy rozdawać zaproszenia.



A klasyczne włoskie zaproszenia są... dziwne - drukowane na takim szarym papierze, przy użyciu słabo czytelnej i wyjątkowo ozdobnej czcionki. Ja na ich widok wpadłam w depresję, więc zrobiłam swoją wersję z kolorem i czytelnymi literkami. Zaoszczędziliśmy. Te smutne kosztowały 3 razy tyle.

Kiedy moja teściowa stresowała nas raportami ze sklepu gdzie zrobiliśmy listę prezentów, my ruszyliśmy na poszukiwania kwiatów. Bo jak się okazuje, nie można zostawić kościoła bez kwiatów, a kwiaciarze na wieść, że impreza jest ślubna, wymyślają jakieś obrzydliwe kompozycje od czapy i zamieniają wnętrza w oranżerię, co kosztuje tyle albo i więcej co sukienka z dodatkami. Myśmy mieli farta i po długim chodzeniu, ale w końcu udało nam się znaleźć kwiaciarkę z wyczuciem i smykałką do interesów.


Przyznam się, że w okresie przedślubnym zdarzały się też i przyjemne rzeczy. Nieznajomi życzyli nam powodzenia. Na wieść, że wychodzę za mąż, wszyscy zaczynali się uśmiechać. Lista prezentów naprawdę ułatwiła nam życie, bo uniknęliśmy prezentów od czapy. Przyjemne też było wybieranie tzw. bomboniery, którą na koniec wesela wręczaliśmy naszym gościom. Udało nam się znaleźć coś, co było w miarę praktyczne i, co dla mnie ważne, miało designerski akcent.

Ale najważniejsze było to, że przygotowania miały swoją metę. I po dniu zero wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy w długą podróż poślubną, z dala od ślubnej gorączki.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wykalkulowane szpony biurokracji

Wszechmogąca i wszystkowidząca włoska biurokracja mogła być źródłem inspiracji dla Procesu Kawki. A może było odwrotnie? Bo kto był pierwszy Kawka czy Włosi? W życiu nie zapomnę moich wycieczek z załatwianem pozwolenia na zamieszkanie we Włoszech, potem zdobycie funduszy regionalnych na kurs dla webdesignerów, no i w końcu wycieczek do trybynału na życzenie mojego pracodawcy. Zawsze czegoś brakowało, albo było za dużo, w dokumentach wydanych przez ministerstwo. Absurd. Oni tu nawet mają policję od przekrętów. I chyba wszyscy tam pracują, bo drogówki przecież nigdy nie widać na ulicy.

Ale włoska biurokracja ma też i ludzkie oblicze. Na przykład kiedy przychodzi do wynajęcia mieszkania. Kiedy się wam zdarzy dojść do porozumienia z właścicielem pożądanemgo em, będziecie musieli podpisać umowę, w której czarno na białym zostaną zapisane prawa i obowiązki obydwu stron. Dzięki temu nikogo nic nie może zaskoczyć, właściciel płaci uczciwie podatek, a wynajmujący może się ubiegać w gminie o zwrot części pieniędzy wydanych wynajmem. Umowa musi być zarejestrowana w odpowiednim urzędzie i opłacona z wykorzystaniem specjalnego kwitu. Na wszystko są tabele, liczniki, klauzule i kruczki. Jeśli jednak właściciel próbuje się wymigać spisania i zarejestrowania umowy, może go dorwać policja od przekrętów (we włoskim: guardia di finanza), a umowa tak naprawdę służy obudwu stronom, bo przewiduje np., trzymiesięczny bądź półroczny okres wymówienia. Dzięki temu nikt nie pozostaje na lodzie w przypadku rozstania stron.
W sobotę ruszyliśmy w rajd poszukiwań czegoś większego. Dowiedzieliśmy się, że nasza umowa to 1+1+4, i że korzystniej jest wziąć 3+2. Cokolwiek to znaczy...
Nasze coś większego tymczasem się jeszcze nie znalazło, boto co zobaczyliśmy albo było za duże, albo za daleko, albo miało inny ważny defekt. Wygląda na to, że poszukiwania czegoś większego wpisują się w nasz tygodniowy rozkład jazdy. Tymczasem oto są brzydkie foto miejsc niewybranych: