Miłość prowadzi do ołtarza. Część Druga
Papierkowa robota
Branie ślubu za granicą nie jest tym samym, co zaślubiny w ojczyźnie, więc i biurokratyczne procedury obierają swój tok bardziej w inną stronę. Faktem jest, że we Włoszech wszystko jest inne niż w Polsce, ale w okazji zmian ustrojowych w Polsce, jesteśmy przyzwyczajeni do oswajania nowych sytuacji.
Przede wszystkim papiery należy zacząć zbierać wcześniej niż wcześnie pamiętając o tym, że są ważne jedynie przez sześć miesięcy od ich wydanie. Faktem deprymującym może być fakt, że we Włoszech chęć zawarcia małżeństwa należy przedstawić pani w okienku zaledwie 12 dni przed ślubem.
Uprzedzam, że nie wiem jak jest z zawieraniem małżeństwa przez dwóch polskich obywateli w byłym Rzymskim Imperium, ale jeśli ktoś żeni się lub wychodzi za mąż za przedstawiciela lokalnej populacji, sprawa odbywa się w sposób wyjątkowo mało biurokratyczny.
Wszystko, czego nam trzeba to Nulla Osta, czyli dokument o braku przeciwwskazań do zawarcia małżeństwa. Dokument ma być przetłumaczony przez człowieka z listy, a tłumaczenie poświadczone przez odpowiednie Ministerstwo oraz włoski konsulat.
Łatwizna, bułka z masłem. Sęk w tym, że dokument można wyciągnąć wyłącznie osobiście. Tak jak dowód. Żaden urzędnik nie zlituje się i nie da go mamie, tacie, cioci, bratu czy najbliższej przyjaciółce. Masz się poń stawić w urzędzie osobiście i osobiście złożyć podpis, kiedy urzędnik patrzy ci na ręce kontrolując zezem twój dowód osobisty, bo na swój własny przecież nie musi.
Ja poszłam drogą na skróty i ruszyłam w stronę Konsulatu RP w Rzymie. Dotarłam do konsulatu, złożyłam podpisy, a państwo zajęli się resztą. Faktem jest, że zajmowali się tym do dziesięciu tygodni, ale też i zajęli się skutecznie. Ponieważ po owych długich tygodniach w zawieszeniu, kiedy Nulla Osta dotarła na miejsce, po dwóch dniach miałam w rękach jej tłumaczenie ze wszystkimi poręczeniami włącznie. Wszystko w jednym okienku!
Tymczasem gdybym pojechała do Polski, musiałabym najpierw sprawę załatwić w USC, potem znaleźć listę tłumaczy (do zdobycia w konsulatach włoskich w Polsce), potem z tłumaczeniem biec do ministerstwa, a stamtąd jeszcze raz do konsulatu po odpowiednie pieczątki. Na pewno byłoby szybciej, na pewno bardziej stresująco i na pewno drożej. Bez względu na to, ile konsulat we Włoszech kasuje za załatwienie sprawy, to się opłaca.
Bo w międzyczasie można biegać w poszukiwaniu odpowiedniej kwiaciarki, zorganizować metę dla gości z Polski, przygotować walizki na podróż poślubną, zająć się sobą...
A, kolejna ciekawa sprawa biurokratyczna. Prawo włoskie nie przewiduje, że po ślubie ktokolwiek z małżonków zmieni nazwisko. Z automatu zostaje jak było, a dzieci z automatu dostają nazwisko po mężu. Tutaj jak na mój gust wolność obywatelska została poważnie naruszona, ale Włosi mają do tego luźny stosunek. Dowody zostają jak były, nie muszą zmieniać żadnych dokumentów, za to potem kobiety przedstawiają się używając nazwiska męża, chociaż ich papiery go nie wymieniają.
Ot, taka włoska schizofrenia.




